To już prawie trzeci miesiąc a jednak cały czas nie możemy się z tym pogodzić. To był poniedziałek, zdążyłem wyjść z pracy, gdy odebrałem telefon od Oli z bardzo złą wiadomością o wypadku „Krzyżaka”. Po chwili Mariusz zadzwonił i powiedział, że Grzesia nie ma już z nami. Usiadłem w korytarzu i nie wierzyłem, wsiadłem w samochód i pognałem na lotnisko do Piastowa by na miejscu stracić wszelkie nadzieje.

Grzesia poznałem na zgrupowaniu kadry w Szkole Szybowcowej na Żarze na początku 2013r. Wcześniej korespondowaliśmy drogą mailową i już wtedy odbierałem go, jako pozytywnie „zakręconego” gościa. Gdy odbyliśmy naszą pierwszą rozmowę „face to face” odniosłem wrażenie, że znam go z czasów szkolnych tylko długo się nie widzieliśmy. Taki właśnie był Grzegorz, w bardzo łatwy i szybki sposób nawiązywał znajomość z nowo poznanymi osobami a poza tym, krótką wymianą zdań potrafił zaskarbić sobie ich sympatię. Nie stał przerażony pod ścianą i czekał, aż ktoś zwróci na niego uwagę to on pierwszy podchodził, wyciągał dłoń i się przedstawiał. Podziwiałem jak dobrze wychowany jest ten gość i jak bardzo otwarty jest na ludzi. Moją sympatię zaskarbił sobie pierwszego dnia, gdy wcisnął mi swój karnet na kolejkę, ponieważ uznał, że on ma już dość nart na dziś a ja niepotrzebnie będę wykupował kilka zjazdów skoro on ma dobowy karnet. Później nasze drogi coraz częściej zaczęły się krzyżować a Grześ coraz bardziej zaczął mi imponować. Zaczęło się od latania, jako świeżo upieczony pilot miałem ten zaszczyt, że mogłem obserwować Krzyżaka jak lata, Grześ nie chował się na swoim „podwórku” i trenował potajemnie, wręcz odwrotnie motywowałby latać w jego towarzystwie. Wiele razy dzwonił nie tylko do mnie, aby przyjechać do Piastowa i polatać z nim. Kilka razy skorzystałem z tego zaproszenia i z całą odpowiedzialnością mogę przyznać, że mój postęp w lataniu napędowym zawdzięczam właśnie Krzyżakowi. Gdy odebrałem swojego nowego WRC Grzesiek zadzwonił kilka dni później i zaprosił na regulację sterowania 2d oraz instalację Kolar Paapa, później obserwował moje poczynania i podpowiadał, co warto byłoby zmienić. Przed przesiadką na Snake również dał mi swoje dwa skrzydła bym mógł je porównać, sprawdzić i kupić odpowiedni rozmiar. Poza tym był bardzo gościnny, standardem wręcz były jego wiadomości „weź piżamę”, gdy jechałem latać do Radomia a gdy odpisywałem, że już za późno, bo wyjechałem odpisywał żebym się nie martwił ma sporo koszulek to coś się znajdzie. Z czasem poznałem całą rodzinę Krzyżanowskich, żonę Małgosię oraz pociechy Blanię, Olka i Różę i wtedy Grześ imponował mi nie tylko pod względem sportowym. Był dla mnie wzorem jak można zorganizować sobie czas by wszystko pogodzić.

Gdy wstawało słońce nad lotniskiem w Piastowie Grześ rozpoczynał trening, zawsze z nim byli jego przyjaciele, którzy pomagali mu przy pylonach i pilnowaliby nie był sam podczas treningu. Później praca i znowu wieczorny trening. Wszystko miał poukładane. Pewnego razu przed wyjazdem na Slalomowe Mistrzostwa Świata po porannym treningu chciałem zostać na lotnisku i poczekać na popołudniowe latanie, Grześ nie zgodził się na ten scenariusz zaprosił mnie do siebie na śniadanie następnie zapakowaliśmy dzieciaki i pojechaliśmy nad wodę do Iłży. Wieczorem znowu razem polataliśmy. Krzyżak uwielbiał opowiadać dowcipy a znał ich całe mnóstwo, będzie mi brakowało jego „a znacie ten kawał?”. Jak na prawdziwego Mistrza przystało potrafił przegrywać i przyznawać się do błędu, nie był zadufany, nie wywyższał się przez to, że jest najlepszy wręcz przeciwnie. Każdy swój sukces podpisywał nazwiskami osób, które się do tego zwycięstwa przyczyniły, wymieniał Piotra Dudka, trenera, kolegów, którzy pilnowali go przy treningach, żonę i dzieci, których zaniedbywał podczas treningów i wyjazdów a także rodziców, którzy pomagali mu prowadzić firmę podczas jego nieobecności, na samym końcu wymieniał siebie. Podczas uroczystości wręczania medali na MŚ we Francji oddał jeden ze swoich medali trenerowi. Nie znam przypadku, kiedy Grzesiek odmówił pomocy, wręcz przeciwnie zawsze ją oferował, pamiętam jak padł mi napęd na Mistrzostwach Polski w 2013r, gdy pobiegłem szybko reaktywować swoją szarpaczkę otrzymałem sms’a od Grzesia o treści: „Czy mogę Ci jakoś pomóc?”. Wielokrotnie oferował swoją pomoc nie oczekując w zamian rewanżu.

Rozmawialiśmy o wszystkim, o planach, naszych marzeniach, o tym, co było, we Francji Grzesiek powiedział mi, że ma dwa marzenia, chce być Slalomowym Mistrzem Świata, spełnił to marzenie a drugim było wywalczenie tytułu mistrza na tegorocznych Mistrzostwach Świata na Węgrzech, później chciał zająć się szkoleniem innych pilotów kadry i odciążyć rodziców a tym samym więcej czasu poświęcić swojej rodzinie. W jednej z rozmów na lotnisku opowiadał mi, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ma wspaniałą żonę, wielokrotnie już wcześniej podkreślał jak dumny jest ze swoich dzieci, kocha latać i otacza się ludźmi, którzy dzielą tą pasję razem z nim. Grześ czuł się odpowiedzialny za podniesienie bezpieczeństwa w lataniu napędowym, był świadomy, że wprowadził nowy trend małych skrzydeł i mocnych napędów. Chciał edukować pilotów by nie zrobili sobie krzywdy. Podobnie jak ja lubił gadżety, którymi wielokrotnie mnie i innych zaskakiwał np. robiąc zdjęcie telefonem przy pomocy zegarka. Wyglądał na niepozornego chłopaka a wszyscy wiemy, jaki był silny, na plecach nosił ten napęd jak uczeń plecak z kilkoma zeszytami. Gdy na MŚ my wystawialiśmy nosy z namiotów Grześ wracał z porannego biegania a później na śniadanie przygotowywał sobie jakieś energetyczne pożywne i bardzo zdrowe śniadanie. Nas wtedy częstował „Krzyżanoskami”.  Można powiedzieć, że czasem był nadopiekuńczy, ponieważ wręcz na siłę zaciągał nas do siebie do namiotu na posiłek mimo tego, że my byliśmy świeżo po obiedzie. Jestem dumny, że mogłem latać z nim towarzysko, ale również sportowo, każdemu życzę takiego współzawodnika. Na szybko pamiętam sytuację ze Slalomowych Mistrzostw Polski z 2013 r, kiedy w półfinałach trafiłem na Grześka w parze. Podszedłem do niego i powiedziałem, że wiem, że nie mam z nim najmniejszych szans, ale cieszę się, że możemy polecieć razem, Grześ tylko się uśmiechnął i powiedział, żebym nigdy się nie poddawał, nawet z najlepszymi, bo człowiek jest omylny i może się pomylić, nie otworzyć czasu, kazał mi lecieć najlepiej jak potrafię. Oczywiście pokonał mnie o dobrych kilka sekund i gdy wylądowaliśmy przyszedł podał dłoń, przeprosił i zapytał czy nie mam mu tego za złe i czy nadal będziemy dobrymi kumplami. Zawsze potrafił zmotywować i podnieść na duchu. A wracając do poczucia humoru Grzesia to przypomniała mi się jeszcze jedna historia, która wydarzyła się we Francji podczas MŚ. Gdy podczas pierwszych lotów treningowych „Krzyżak” pozamiatał wszystkich kilkusekundową przewagą wszyscy zasypywali go pytaniami, na jakim rozmiarze skrzydła lata, Grześ opowiadał wszystkim taką oto historię „Poszedłem do Piotra Dudka i mówię: – Piotr potrzebuję nowego skrzydła, ale mam tylko 1 tyś euro. Na co Piotr Dudek odparł: – To za mało Grzesiu. – Więc uszyj mi skrzydło za ten tysiąc. I wyszło to – dodał Grześ” wszyscy uwierzyli w tą historię, bo gdy Krzyżak ją opowiadał robił to tak przekonywująco.

LIGA

Po stracie Grzesia stanęliśmy na krawędzi, nie wiedzieliśmy dalej, co z nami będzie, co robić bez „Krzyżaka”, który był naszą siłą napędową i motywatorem. Wiemy, że będzie się o nas troszczył na górze, my natomiast będziemy robić to, co robiliśmy do tej pory z tym, że wiemy, dla KOGO to robimy. Każde moje zwycięztwo będę dedykował właśnie Jemu. Wiem, że 16-tego każdego miesiąca będę u niego w odwiedzinach. Gdy jestem w powietrzu często do niego mówię. Na MŚ na Węgrzech wiem, że był z nami i pilnował, byśmy cali i zdrowi wrócili do domu.

Grzes

Categories: Ogólne

Leave a Reply